Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Ankieta z XI 1974 r

I jeszcze jedno: pisałem już o tym. Nie mogę stać w kościele w środku między ludźmi. Szukam miejsca pod ścianą, aby nikt za mną nie stał, bo zamiast się modlić wciąż myślę „kiedy uderzy?”. Ja czuję, że coś mnie uderzy. Lubię latem stać na zewnątrz kościoła. Stąd też nie pójdę w pochodzie 1-szo majowym ani nie będę stać w szeregu. Nie, bo boję się, że będę uderzony w głowę. I jak tu było wytłumaczyć, że nie byłem w pochodzie 1-szo majowym?? Komu wyjaśnić? Wyśmieje się i tyle.

Cisza mnie zabija. Czuję się lepiej w gwarze, ale znoszę aż do odczucia bólu tę „muzykę młodzieżową”, jazz itp. Lubię, by ktoś przy mnie był. A jest to niemożliwe, więc perswaduję sobie jak mogę i raduję się gdy w głębokiej nocy zza ściany słychać płacz wnuczki.

Nie znoszę tych polskich „przerywników”. Nie znoszę szczególnie wypowiedzianych z zacięciem, tak dosadnie.
Chociaż i ja nie jestem bez winy. I mnie się „wyrwie” przerywnik, ale nie znoszę, aż mnie to boli, tupetu, „brania za łeb” i tej pewności siebie, za którą kryje się dużo brudnych spraw.

Dziś po 30 latach, jeśli zastanawiam się nad latami w obozach – to jak to się stało, że tyle lat, tyle miesięcy, tyle dni, tyle godzin i sekund – bo i sekundy się liczyły, mogłem ja, słabo rozwinięty, a mający już „w zanadrzu” zadatki kilku chorób… Jak to mogłem przetrzymać?

Tyle było lęku o życie, tyle było, nazwijmy to, odruchów zachowujących życie, że nie było czasu na „myślenie”, a teraz dopiero wyłazi lęk i wszystkie przeżycia na jaw – bo żaden nie istnieje hamulec typu obozowego.

Jeszcze w obozie, w gronie kolegów często mówiliśmy: nie chcemy być bohaterami, nie chcemy być męczennikami. Chcemy być tylko normalnymi ludźmi. A jak to trudno – okazuje się na wolności, nawet po 30 latach.

Strony: 1 2 3