Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Dlaczego przeżyłem obóz – II.1974

Mój stan psycho – fizyczny
Fizycznie byłem słaby. Żadnego umięśnienia. Tłuszczu też nie było wiele. W domu rodzicielskim nie pracowałem ciężko; stąd o rozwijaniu tężyzny fizycznej nie było mowy. Dużo nauki, a ze sportu to siatkówka lub piłka nożna. Komisja lekarska przy poborze orzekła – „klatka piersiowa płaska”. Oczy słabe, a później doszły okulary, które stały się w obozie moją prawdziwą zmorą. Co natomiast wyniosłem z domu, z internatu szkolnego, drużyny harcerskiej to to, że potrafiłem jeść potrawy w różny sposób przygotowane. To nie czynnik bagatelny w przeżywaniu obozu. Był w Oświęcimiu taki okres podłego gotowania obiadu, że bardzo wielu więźniów nie mogło po prostu przełknąć tej ohydnej zupy (zwłaszcza, kiedy w kuchni obozowej zatrudniono żydówki). Bardzo wielu więźniów wymieniało te zupy na papierosy. U wielu nie pomogły perswazje. Oni nie mogli tej zupy przełknąć. W ślad za niektórymi więźniami lewą ręką zatykałem nos, aby nie czuć tego ohydnego smrodu, zamykałem oczy, a prawą ręką podawałem łyżką zupę. Ten okres był wystarczająco długi, by wielu więźniów wycieńczyło się bez reszty.

Trzymałem się niezłomnie zasady, że to co dostaję do jedzenia nie może być przedmiotem wymiany na papierosy. Jedzenie wymieniałem tylko wtedy, gdy „zorganizowałem” dodatkowe jedzenie i wtedy część tej zorganizowanej strawy wymieniałem na papierosy. Tej zasady trzymałem się twardo przez wszystkie lata obozu.

Pamiętam, jak w kwietniu 1940 r. po zarejestrowaniu, myciu itp. nowy transport więźniów poszedł około 17-tej na blok (Dachau) i tam dostaliśmy kolację, a właściwie zaległy obiad. Była to grochówka, o dziwo na wędzonce. Ja już 3 doby nie miałem nic w ustach stąd zupa tak mi smakowała, że na zawołanie blokowego „kto chce repetę” poszedłem drugi raz z menażką. Nie zapomnę tego jak znajomi oburzali się, „że ja takie coś mogę jeść”. A później i oni bili się w ogonku o repetę. Oczywiście to nie jest najważniejszy czynnik składający się na „przeżycie obozu”. Piszę to dlatego, że ten problem wyrósł już w pierwszych godzinach pobytu w obozie. Zastanawiając się nad ankietą widzę, że ten czynnik odegrał u mnie bardzo ważną rolę. Znałem też na tyle Niemców, że skoro dostałem się w tryby ich maszyny nie prędko się z nich wydostanę. Nie robiłem sobie złudzeń, nie liczyłem na żadne rychłe wyjście z obozu ani rychłe zakończenie wojny. To mnie uchroniło przed załamaniem. Moją dewizą było: aby minutę, aby dzień przeżyć bez okaleczenia, bez bicia. Panicznie się bałem „słupka” czy to w Dachau czy w Gusen. Widziałem kolegów wracających ze słupka. Stąd np. nie nosiłem w kieszeni nawet okruszynki tytoniu, stąd w Oświęcimiu np. myłem się w grudniu i styczniu 1940/41 po pas pod pompą na placu lub kawałkami lodu znajdującego się w małych beczułkach po burakach czerwonych zakupionych w kantynie, a potem ustawianych wzdłuż ściany bloku, a po powrocie z pracy zziębnięty, mało – przemarznięty – myłem się tym lodem.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10