Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Dlaczego przeżyłem obóz – II.1974

Instynkt zachowania życia
Instynkt zachowania życia kierował moimi poczynaniami np. w drodze z Hersbruck do Dachau. Miałem już „mętne oczy”, jak określali idący obok mnie koledzy. Ja szedłem jak automat, przebierałem nogami, a głowa już przestała pracować. Dobrnąć do postoju wieczorowego – to pragnienie było wielkie. Ale oko moje rejestrowało mechanicznie, że idący przede mną a nie mogący się utrzymać w „piątce”, zostają zastrzeleni. Słyszałem tylko strzały i wiedziałem, że i mój koniec bliski. Aż tu między 12-13tą (gdzieś tak) nastąpiła „Mittagspause ohne Mittag” – jak Niemcy to określali. Zeszliśmy ze szosy na łąkę. Wszyscy zmęczeni bezgranicznie legli pokotem na trawę. I moje nogi nie chciały pracować. Byłem jak wszyscy morderczo zmęczony. Ale to instynkt życia kazał zaniechać leżenia i odpoczynku i zacząłem się czołgać i scyzorykiem wycinać szczaw i mlecz. Za czas tej przerwy „obiadowej” napełniłem 2 głębokie kieszenie w spodniach. Nastąpiła zbiórka i dalszy marsz. Ja żułem ten mlecz i szczaw jak krowa. Żułem i żułem. Aż zjadłem całą zawartość kieszeni. Głodu nie czułem tak wielkiego – jakoś doszedłem do wieczornego postoju.

Umiarkowane ryzyko
„Umiarkowane ryzyko” pomogło mi przetrwać jakiś czas. W Gross Rosen byłem zatrudniony przy noszeniu kamieni pod fundamenty budujących się bloków. Kiedy rano majster (Niemiec, cywil) zawołał: „Kto jest zbrojarzem?”, namówiłem stojącego obok mnie Kazimierza Kaźmierczuka, ślusarza z zawodu, by wystąpić i zgłosić się jako „zbrojarze”. „Człowieku, ja nie mam pojęcia o tej robocie”. „Ja też nie mam pojęcia tylko widziałem z daleka pracę zbrojarza w betoniarni w Oświęcimiu”. Na pytanie Niemca czy umiemy to robić odpowiedzieliśmy „Jawohl Herr Meister!” Resztę zrobiły papierosy, którymi częstowaliśmy majstra Klebika (Chlebika). Pracowałem krótko, bo na trzech kolejnych apelach wieczornych Arbeitsdienst wołał: „Kaminschieber austreten”.

Za trzecim razem wystąpiłem. Zaczął mnie bić po twarzy, że zaraz nie wystąpiłem. A ja się mocno zastanawiałem. Pracę tę widziałem tylko znowu z daleka w betoniarni w Oświęcimiu. Ale jak się to robi to nie miałem zielonego pojęcia (to było robienie drzwiczek kominowych z betonu). „Umiesz to robić?” „Jawohl”. „Ilu potrzebujesz ludzi?” „2-3”. Wtedy to prosił o wzięcie do tej grupy kolega Włodek Tadeusz z Krakowa. No i znowu „lepsza robota”, bo pod dachem baraku i przy koksiaku. Przy tej pracy przetrwaliśmy ostatnie tygodnie w Gross Rosen. Potem nastąpił transport do Hersbruck.

Na takie „małe” ryzyka szedłem, ale w późniejszym okresie, kiedy „zdobyłem” ostrogi obozowe.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10