Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Dlaczego przeżyłem obóz – II.1974

Ale przy „wybiórce” zostałem zapisany jako „muzułman”. Zapisano numer i po kilku dniach wszystkie wyczytane numery ustawiono na placu. Czekaliśmy długo. Nikt nie wiedział co z nami będzie. Koledzy poszli na obiad. Zaczęli się z nami żegnać, bo „idziemy do krematorium”. Było to 13.08.1940 r. Pozostała jedynie modlitwa. Modlili się wszyscy po cichu. Nie buntował się nikt. Zresztą każdy był słaby i z biegunką. Było nas kilkaset. Nadjechało auto (kilka) i pojechaliśmy. Do Mauthausen. Tam nowych „muzułmanów” wsadzono do wagonów towarowych i pojechaliśmy. Kilku zmarło. Dojechaliśmy do Dachau „zur Erholung” (bo nie było jeszcze w Gusen krematorium). Zgrupowano nas na jednym bloku, a że nie pracowaliśmy… dano ½ litra zupy. Więc i tu umierało dziennie kilkunastu. Zaczęto nas nękać na inne sposoby. Ludzie wiedzieli, że koniec się zbliża. Modlono się w czasie szukania wszy w bieliźnie, modlono się w czasie ćwiczenia „mutzen ab”. Nikt nie wierzył w wyjście z obozu. Modlono się o dobrą śmierć. Pamiętam, gdy jeden z więźniów wyraźnie poruszał ustami modląc się i żegnał się w czasie apelu. Niemiec go tak zmasakrował, że nie wytrzymał. Wtedy pamiętam jak jeden ksiądz wyraźnie oświadczył: nie musicie żegnać się ani głośno mówić modlitwy. Wystarczy wykonać to w duchu. I ja tak też czyniłem przez wszystkie obozy. Modlitwa „wyłączała” mnie niejako z całej tej obozowej atmosfery. Ale byłem stale czujny na najmniejszy wrogi znak. Modlitwa dawała mi spokój wewnętrzny, nie szarpałem się naszą beznadziejną sytuacją, nie upadałem na duchu, nawet gdy ciało upadało. Wiedziałem też, że rodzina moja modli się za mnie. W listach moich, gdy najtragiczniejsze chwile przeżywałem polecałem rodzinie odwiedzić „Onkiel Kopijasza”, to znaczy aby szli do kościoła (proboszczem w Straconce był ks. Kopijasz).

Wiedziałem, że Matka i Ojciec modlą się. Po powrocie dowiedziałem się, że parafialny kościół był garnizonowym czy „nur fuer Deutsche” stąd Matka modliła się latem i zimą pod murem kościoła. Stąd też zachorowała i zmarła. Wierzyłem, że te modlitwy pomogą przetrwać. Moja modlitwa i wiara w to, że rodzina się modli za mnie dodawała mi spokoju wewnętrznego. Byłem skupiony wewnętrznie, co ułatwiało mi uniknięcie fałszywych kroków.

Wracam jeszcze do mego stanu fizycznego – byłem słabo rozwinięty fizycznie, a w czasie pracy nauczycielskiej popadłem w chroniczną anginę. Cokolwiek bym robił, jakiekolwiek środki bym zastosował, to w miesiącu kwietniu i w listopadzie musiała być angina (i ropna też, operacje też). A tu 23.04.1940 r. po wyjściu z wagonów ustawiono nas na placu grubo pokrytym śniegiem. Gdy zobaczyłem, że pierwsi więźniowie mojego transportu wchodzą do baraku, a po chwili wybiegają nadzy i para z nich bucha i na śniegu stojąc boso czekali na przydział ubrania. No to już mój koniec. Angina zadusi mnie. Przeszedłem tę procedurę i ja. Boso, na śniegu ubieram się. Na bloku dostajemy zupę grochową i chleb. Chleb oddaję blokowemu za łyżkę soli. Płuczę gardło. Trzeba być zawodowym harcerzem, trzeba walczyć o życie. I przez 5 lat obozu nie miałem anginy a gdy w r.1945 zacząłem pracę nauczycielską na nowo w Polsce Ludowej już w październiku 1945 dostałem anginę.

Czy świadomość, że choroba w obozie to śmierć, czy nerwowe napięcie dość, że tam nie miałem anginy a tu na wolności, gdzie „można” było chorować – dostałem.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10