Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Dlaczego przeżyłem obóz – II.1974

Spryt życiowy
Spryt życiowy nie ujawnił się u mnie w obozie, może ja go nie mam w ogóle? A na pewno miałem takie Kommanda pracy, że tam sprytu nie trzeba było mieć. Ale jakoś umiałem się szybko zżywać z ludźmi (wyłączywszy łobuzów), instynktownie „dobierałem” sobie grupki przyjaznych ludzi. Umiałem przede wszystkim zbliżyć się do ludzi i ich zrozumieć. Stąd odwzajemnienia i życzliwość.

Przyjaciele
W poprzedniej ankiecie pisałem, że bez przyjaciół nie było mowy o przetrwaniu obozu. Kto mi pomógł przetrwać – podałem nazwiska. Tu jeszcze raz podkreślę, że bez dobrych ludzi przeżycie obozu było niemożliwe. Nie chodzi mi w tym miejscu o tych, którzy dali dodatkową miskę zupy czy pomogli w pracy, gdy byłem chory – to byli przyjaciele. Ale takie rzucone ostrzeżenie: „Uwaga, idzie.” uchroniło przed uderzeniem czy karnym meldunkiem. Dziesiątki drobnych ostrzeżeń właśnie złożyło się na to, że wyszedłem z obozu.
Umiałem też „wykorzystać” dla nawiązania koleżeńskich stosunków i to, że przebywałem na ziemiach wielkopolskich, że byłem na Górnym Śląsku, że byłem z obozem harcerskim w lubelskim i stąd znajomość ludzi, do których nawiązywałem znajomości obozowe.

Byłem siedmiokrotnie przerzucany z obozu do obozu. Zawsze byłem nowym „Zugangiem” a więc odbierano pasek do spodni, chusteczki do nosa nie mówiąc już o ew. dodatkowej bieliźnie. Zawsze Zugang był goniony i zawsze do najgorszej pracy – a jednak i w takiej sytuacji umiałem znaleźć znajomych, kolegów czy nawet przyjaciół. Często byli to znajomi kolegów z poprzednich obozów. Dość, że znajdowałem znajomych i dobrych ludzi.

„Dobra praca”
Jedną też stosowałem taktykę. Ale nie była to taktyka wyrozumowana, nie. Raczej wypływała ona z lęku, z obawy przed ryzykiem zbyt wielkim. Nie chciałem pracy „zbyt dobrej”, bo to zawsze ryzyko, chociażby to, że z dobrego czyli łatwego Kommanda szło się w nowy transport.

Kolega np. namawiał mnie abym rzucił betoniarnie i poszedł z nim do kosiarzy nad Sołę. Tam był w krzakach chleb podrzucany przez ludność okoliczną. Stąd można było „zwiać”. To ostatnie definitywnie przekreślało moje „ciągotki” do dobrego Kommanda. Nie miałem natury do ryzyka. Unikałem zwracania na siebie uwagi, oczywiście SS-Mannów, ale i współwięźniów. Nie nadawałem się na „organizatora”. Sięgnąłem kiedyś po 5 ziemniaków z Rollwagi i ciężko zapłaciłem.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10