Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Przyjaźnie obozowe – I.1974

Stefan Stolarzewicz
Jak się opiekował w Krankenbau chorymi – opisałem uprzednio. Teraz chcę wspomnieć bodajże o nim, jakim jest po obozie. Mam pełną świadomość, że gdy udam się do niego z jakimś problemem, kłopotem czy prośbą nie odmówi mi tego. Miałem tego dowody. Zawsze życzliwy, zawsze chętny do wyświadczenia przysługi przyjacielskiej, ma zawsze chwilę czasu na wysłuchanie choćby „na stojąco” kolegi obozowego. Jest ogromnie bezpośredni, a przy tym w bardzo grzecznej i miłej formie pomoże każdemu. Ludzi o innych zawodach, o innym poziomie intelektualnym traktuje zawsze życzliwie, po przyjacielsku, nieomal po bratersku. W rozmowie niweluje dystanse dzielące go od rozmówcy tak, że cała rozmowa z nim staje się wielką przyjacielską rozmową…

To byłby przyjaciel mój bardzo miły, jednak pamiętam, że zachowanie właściwego dystansu z nim należy do mej kultury. Poznałem go na bloku 24. Raz byłem faktycznie chory. Chyba jakieś zapalenie płuc! Lecz drugi raz ukrył mnie przed pościgiem Rottenfuehrera Edwarda Lubusza, który szukał mnie w obozie, aby mnie zastrzelić. I wtedy za radą Capy inżyniera Łacheckiego poszedłem do Stefana i opowiedziałem co mi grozi. Wpisał mnie zaraz jako chorego i „dekował” mnie dość długo – aż Lubusza karnie przenieśli do innego obozu. Stefan uratował mi życie! Zawsze uśmiechnięty, zawsze miał „pod ręką” jakiś żart, czy dowcipne określenie i tym też rozweselał, podtrzymywał na duchu chorych. Był bardzo lubiany przez chorych. Stefan nieraz obsztorcował chorych, ale to jego karcenie było raczej upomnieniem czy radą, której udzielał choremu.

Prof. dr hab. Teodor Musiał
Pracowaliśmy przed wojną w jednej szkole. Społecznie pracowaliśmy w kręgu młodzieży na Górnym Śląsku.
Gdy z w kwietniu 1940 r. przybyłem do Dachau, Teodor Musiał już tam był. Gdy z kamieniołomów Gusen przesłano mnie do Dachau, Musiał był również. Gdyby w r. 1945 pieszo z Hersbruck przywędrowałem do Dachau – był tam jeszcze. Należał, choćby z racji „zasiedzenia”, do ludzi wtajemniczonych. I zobaczywszy mnie, raczej ja go odszukałem, wtajemniczył mnie w zbrodnicze zamiary Niemców – spalenie całego obozu. Chcę podkreślić inną stronę tego spotkania. Otóż my, którzy przyszliśmy pieszo z innych obozów, nie dostawaliśmy żywności, a cały obóz był w ogólnym podnieceniu wyjścia z obozu. Wtedy to właśnie Kolega Teodor Musiał z własnych zapasów dał mi część suszonego chleba. Ktoś powie, że to było powinnością Kolegi czy Polaka. Ale ten suszony chleb był odejmowany codziennie z normalnej racji. I dzisiaj, mimo, że wspiął się w hierarchii naukowej, utrzymuje kontakt listowny.

Stefan Jachna
Poznałem go przed wojną, gdyż był inżynierem na kopalni „Charlotta” (dziś Rydułtowy), pow. Rybnik. Brat jego był nauczycielem w gimnazjum w Białej. W obozie spotkaliśmy się w każdą niedzielę na „Birkenweg” i tam prowadziliśmy niekończące się rozmowy: wyjdziemy, nie wyjdziemy. Bardzo się lubiliśmy. Ale przyjaźń nasza nie miała żadnego, nawet najmniejszego, podłoża materialnego – bo on nie miał nic do dania i ja tak samo. W rozmowach naszych wzajemnie podtrzymywaliśmy się beznadziejnie na duchu. Podczas gdy ja jakoś unikałem zgłębiania naszej sytuacji on odczuwał niemal przyjemność w odsłanianiu naszej sytuacji. Ale spacery nasze zawsze kończyły się jakimś akcentem optymistycznym. Aż zachorował na tyfus. Leżał na „trójce” tuż przy oknie i stamtąd blokowy Wiluś Smyczek, górnik z Rymeru (czy Niedobczyc?) podawał mu wodę w okresie gorączkowania, a potem dożywiał go intensywnie tak, iż wydobrzał zupełnie i nabrał rumieńców, ale gdy powtórzyłem rozmowę Pflegerów, nie chciał wierzyć, no i przypłacił to życiem. Stefan Jachna mój przyjaciel, Wiluś Smyczek – przyjaciel Jachny.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16