Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Przyjaźnie obozowe – I.1974

Zaprosił do piwnic… i rozpoczęła się orgia… w jedzeniu i w piciu. Jeden z żołnierzy otworzył fortepian, wszedł w butach i zaczął tańczyć na strunach fortepianu. Potem przeszukiwali mundury niemieckie i odzierali wszystkie odznaki wojskowe, partyjne itp. Na koniec ubrał się elegancko i wrócił do obozu zamiast iść wprost – „kierunek Polska”. Ale o Marianie nie zapomniał i ugotował własnoręcznie fasolę po bretońsku. W obozie wciąż mówiło się o jedzeniu, stąd znał moją ulubioną potrawę. Ale czy to nie dowód koleżeństwa, przyjaźni? Nawet w największym ferworze radości nie zapomniał o Marianie.

Jeszcze raz Tadek Szweda, ks. Józef Całujek i ja
Po wyzwoleniu nie było więcej apeli, były tzw. mityngi. Czyli przedstawiciel każdej nacji wchodził na podium i coś tam mówił. Po polsku słychać było najczęściej nawoływania, by zdrowi przyszli do bloków chorych pomóc opiekować się chorymi i w ten sposób wyrazić podziękę Bogu za wolność. Stoimy zazwyczaj razem: Szwed, ja i jeszcze jeden młody kolega z poznańskiego. Słyszymy nawoływania raz, drugi. Słyszymy nawoływania księdza, pastora, rabina, popa – no to nasza trójka zgłasza się do tej pomocy. Pracowaliśmy po 12 godzin. Do nas doszedł ksiądz Całujek. I tak we dwójkę byliśmy w dzień we dwójkę na noc. Na bloku chyba kilkadziesiąt chorych. Biegamy wprost od chorego do chorego. Tadek Szweda, ksiądz Całujek, ten młody i ja „lecimy wprost z nóg”. Wytrwaliśmy w tej pracy 3 tygodnie. Odeszliśmy, bo nastał okres fraternizacji z Niemcami. I było jeszcze wielu, z którymi współżyłem, gawędziłem w niedzielę po południu na łóżku, ale to byli koledzy, z którymi się chętnie spotykam a nawet z niektórymi utrzymuję kontakt listowny, lecz są to koledzy obozowi. Oczywiście i ci byli potrzebni, choćby by porozmawiać ludzkim językiem. Ale pozostał mi wspaniały kolega, nie to nie kolega a serdeczny przyjaciel.

Franek Targosz
Franek Targosz przyszedł do obozu zaraz po moim transporcie z Dachau, bo miał nr 7626. Ale go wtedy nie poznałem. A kiedy poznałem? Trudno mi powiedzieć. Wtedy, kiedy był w karnej kompanii nie znałem go. Poznałem go rozdającego nieoficjalnie „swoim” listy. Wręczając list zawsze coś dowcipnego powiedział, w każdym razie moment wręczania listu był przez nas oczekiwany z niecierpliwością. Ułatwiał otrzymywanie listów z domu! Doręczał zawsze osobiście listy. Gdy chciałem „coś” zakazanego napisać to Franka uprzedzałem, a on ten list swoimi sposobami przemycał pod cenzurą.

Zaprosił mnie dwa razy do swego Muzeum, ale na dłuższe rozmowy nie miał czasu, zawsze wielu innych kolegów wkraczało w rozmowę tak, że cała z Frankiem rozmowa ograniczała się do wymiany kilka zdań czy nawet słów. Franek był „rozchwytywany” był popularny jak nikt drugi, a że nie cisnąłem się do „wielkich” tego świata, przeto znajomość z Frankiem ograniczała się do odebrania listu i wymiany 2-3 zdań.

Był zawsze pełen energii i udzielało się to innym. W rozmowie był zawsze pogodny i raczej z tendencją do lekkiego sarkazmu! Ale sarkazm ten nie był szkodliwy – nie ubliżał nikomu. Oczywiście wiedziałem już wtedy, że za jego mową kryła się grubsza robota konspiracyjna. Ale ani on ani ja nie „wciągaliśmy” się w te sprawy. Najlepszy dowód, że u niego w Muzeum byłem wszystkiego 2 razy.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16