Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Przyjaźnie obozowe – I.1974

Stanowiliśmy dobraną „trójkę”. Kapo Toczek, czy Michał Sywek „nie ruszali” nas, bośmy swoją normę zrobili i zawsze byliśmy w zgodzie ze sobą. Staszek Dubois przez dłuższy czas miał nawet łóżko obok mnie. Wywnętrzał się z wielu swoich przeżyć, nawet intymnych. Był ogromnie szczery i przyjacielski. Usta jego grube, mięsiste cechowały chyba człowieka zmysłowego.

Bardzo lubiliśmy się. Zresztą wszyscy go lubili. Wyrażał się nie po obozowemu! W słowach raczej skąpy. Nie pamiętam, aby powiedział coś przykrego. Był bardzo koleżeński. Wiedziałem, że pomaga więźniom, lecz komu, co dawał – tego nie wiem, bo zresztą zwyczajem obozu było nie dochodzić co współkolega robi. Gdy byłem na tyfusie przysłał mi 2 ampułki zastrzyków, lecz nie doszły do mnie. Dużo palił. Wszyscy „ułatwiali” mu palenie. W robocie w betoniarni był sumienny i swoją robotę wykonywał sumiennie, bez oglądania się na kolegów. Dużo opowiadał o swoim synku Maciusiu. Podczas roboty betoniarskiej często przekonywał mnie i Jurka Ptakowskiego o socjalizmie. Ja byłem „zielonym” harcerzem – apolityczny, a właściwie apartyjny! Jurek to wróg żydów. Jako student rozbijał szyby żydom. Należał do ONR (obóz radykalno-narodowy), był politycznie zdecydowany – stąd dyskusje ze Staszkiem były zażarte, ale zawsze w kulturalnej formie. Ja raczej przysłuchiwałem się tym dyskusjom. Ale Staszek umiał zawsze wyprowadzić dyskusję na „wspólne” tory – tak, że radykał Jurek i Staszek, no i ja zawsze znaleźliśmy wspólne punkty, np. że w przyszłej Polsce muszą być zmiany, nawet takie jak ograniczenie swobody kościoła katolickiego. Staszek po apelu przestawał raczej z warszawiakami. Jasne, że bywał wtedy wśród swoich.

Pamiętam jak żywo jego „pozostanie” na bloku, jego pożegnanie się z nami, gdyż znał wyrok. To był człowiek dobrego serca. Koleżeński w przyjaźni oddany szczerze i wiernie.

Xawery Dunikowski nr 774
Los nas zetknął na łóżku III piętra bloku 20. Mieliśmy tyfus. Wszy łaziły po ciele całymi stadami. Mieliśmy wysoką gorączkę. Ja miałem malignę (o tym dalej). Braliśmy garściami obu rąk, zgarnialiśmy ze siebie i rzucaliśmy w dół. Więcej sił nie miałem. Z dolnych łóżek słychać tylko było przekleństwa, że rzucamy im do gęby wszy!

Aleśmy leżeli tak osłabieni, że do innego ruchu nie byliśmy zdolni. A pozostało przecież sikanie do wielkiej beczki ustawionej w izbie, do której trzeba było schodzić z łóżka i znowu włazić na III piętro.

Zgubiłem gdzieś koszulę! Pflegerzy odgrażali się, że odpowiem za tą koszulę! To pamiętam i pamiętam ten przeklęty lęk przed odpowiedzialnością za zgubienie koszuli.

Dostawaliśmy jedną butelkę od lemoniady wody na 24 godziny i myśmy to wypijali w sekundzie! O dodatkowej wodzie nie było mowy, przynajmniej ani Xawery ani ja nie dostaliśmy nigdy.

Teraz odbiegnę pozornie od tematu – bo miałem malignę, a w tej malignie przeżywałem dziwne rzeczy. Otóż – schodziłem na dół, pod łóżko i tam szukałem rzekomo znajdującego się otworu prowadzącego za obóz na wolność. Złapał mnie za nogi Pfleger i rzucił jak klocek drewna na łóżko. Nie udało się raz, udało się drugi raz. Tym razem „wyszedłem” z bloku i na drodze znalazłem furmana, który zawiózł mnie do domu. Nie wszedłem do domu od frontu lecz od tyłu – tu powitałem żonę i dzieci i bardzo się spieszyłem aby zdążyć do obozu na apel poranny! To było jedno majaczenie.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16