Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Przyjaźnie obozowe – I.1974

Drugie: udało mi się zmylić czujność Pflegerów i wyszedłem na obóz gdzie była „Kanada”. Zabrałem stamtąd 2 puszki blaszane marmolady, a za koszulę dałem pełno jabłek. I wróciłem do obozu na swoje tyfusowe łóżko, ale w obawie przed rewizją przekroczyłem ganek dzielący rzędy łóżek i wszedłem na łóżko Jachny. I tam rzekomo te „skarby” ukryłem. Po jakimś czasie rzeczywiście przekroczyłem ten ganek i domagałem się zwrotu mych „skarbów” ofiarując, zwyczajem obozowym, połowę Stefkowi. Ten dotknął mego czoła i zawołał: Pfleger, ten ma gorączkę. Przyszedł Pfleger, złapał za nogi, ściągnął na dół i rzucił na moje łóżko. To było majaczenie. Niebiańska rozkosz w obozie!

Blok 20, Stuba 3, łóżko na 3 piętrze, po lewej ręce były drzwi wychodzące na korytarz. Naprzeciw okno i łóżko Stefka Jachny. Pod ścianą stolik, przy którym siadali Pflegerzy.

Mam tyfus. Mam wysoką gorączkę, ale widzę, że na zydlu siedzi więzień aby nie wypuszczać chorych. A jednak wypatrzyłem taki moment, że ten cerber odszedł od drzwi a ja hyc z łóżka i do umywalni! Otworzyłem chyba 6 – 8 kranów i położyłem się w kamienne koryto w całej swej nagości, bo koszulę zgubiłem! Boże, co za rozkosz przeżywałem wtedy, tego nie opiszę. Woda lodowata! Nic, nawet w przybliżeniu, nie jest w stanie dać tyle rozkoszy co tamta kąpiel. Nie przeżyłem w swym życiu drugiej podobnej rozkoszy!

Ale ktoś zobaczył mnie, przybiegł Pfleger, złapał te 40 kilo i zaniósł – co tu mówić – rzucił jak snopek słomy na łóżko! Ale reprymendy nie było! Zresztą ja dalej przeżywałem swą rozkosz! Czy to dr Kłodziński widział, czy wiedział? I że w obozie można przeżywać takie niebiańskie rozkosze!
A dr Stanisław Kłodziński nie przeżywał takiej rozkoszy! Niech żałuje!

I kiedy byłem zdrów a koledzy rozkoszowali się dobrym winem, wódką czy zakąską – ja się w duchu uśmiechałem pobłażliwie, bo oni nie zaznali takich rozkoszy jak ja, o której tyle dziesiątek lat pamiętam!

Jeszcze raz Xawery…
Było otwarcie muzeum w Oświęcimiu. Należałem wtedy do Związku Byłych Więźniów Politycznych. Związek organizował wyjazd ciężarówkami. Na jednej wieziono bufet, a gdyśmy przyjechali do obozu i Marian Dudek zobaczył „tyle luda” zadecydował: nie robimy jednego bufetu lecz kilka! Ty Marian będziesz sprzedawał o tam! Ustawił stół, parę beczek piwa i dużo, dużo butelek wódki. I pierwszy raz w życiu byłem sprzedawcą wódki. Sprzedaję, a tu naprzeciw idzie jakaś para z psem. Ten Pan w jasnym garniturze a Pani w powiewnej sukni. Obok niej kroczy olbrzymi pies. Zbliżają się do „mojego bufetu”. Ten Pan podchodzi i całuje mnie! Teraz dopiero poznaję Xawerego! Funduje „niewąsko”. To dopiero była radość!

Muszę wspomnieć, że Xawery nie znał języka niemieckiego. Dlatego otrzymywane listy z Krakowa tłumaczyłem mu. Pisał do niego kolega malarz (nazwisko zapomniałem). Xawery zostawił mu depozyt w banku na utrzymanie 2 psów swoich i każdy list opisywał życie psów, ilość pobranych pieniędzy z banku na utrzymanie.
Jeszcze raz spotkałem się z Xawerym, gdy był rektorem Akademii Sztuk Pięknych i zwróciłem się do niego z prośbą o nauczyciela rzeźby dla mojej szkoły. Wtedy znowu „zdrowo” popiliśmy! Ale to nie ten sam człowiek co w obozie! Tam to staruszek ćmiący fajeczkę! Tu donżuan, żywy i pełen temperamentu Pan. Czy tego cudu dokonała wódka, kobieta czy morfina?

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16