Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Przyjaźnie obozowe – I.1974

Ale jakie były drogi Xawerego po wyjściu ze mną z bloku 20 – tego nie wiem. Drogi nasze rozeszły się. Dość, że często spotykam kolegów, którzy twierdzą, że oni go uratowali! Ale jak? Kiedy coś się mocno nie zgadza z moimi przeżyciami. Ale niech oni sobie przypisują ocalenie Xawerego! Niech i tak będzie. Ale gdy łaknął wody to nie było nikogo!

Jurek Ptakowski nr 4848
Student prawa. Wierzył, gorąco wierzył, że Polska musi być bez żydów, jeśli ma istnieć. Fanatyk swej doktryny politycznej. Dlatego nie wrócił do kraju, choć go tak gorąco namawiałem. Matkę zostawił w Garwolinie, która czekała na jedynaka. Wiedział, a nie wrócił.

W czasie pracy w betoniarni na każdym kroku widać było jego koleżeństwo, jego przyjaźń. Gdy wróciłem z tyfusu byłem tak słaby, że nie mogłem wykonać najmniejszej nawet pracy. Byłem jak to się mówiło „spłukany”, byłem 100% muzułmaninem. Kapo Toczek i szef Unterscharfurer Franz Gaza nie mogli się na mnie patrzeć. Nic im po takim robotniku. Wtedy Jurek Ptakowski zgłosił się do Capy, że wykona za mnie robotę a ja będę tylko fingował. I tak było jakieś 2 tygodnie. Potem Toczek i tak wyrzucił mnie z komanda. I w tym czasie Jurek donosił mi (skąd, tego nie wiem) drugą miskę zupy. To już była trzecia micha: swoja, od Józka Pysza i teraz od Jurka. I wciąż byłem głodny i słaby.

I potem transporty. Nasze drogi rozeszły się. Płakałem po stracie Jurka. Ale jestem w obozie cywilnym (1945 r.) pod Monachium, we Freimanie. Pisuję do polskiej gazety „Słowo Polskie” artykuły. Do rąk Jurka wpada mu ta gazeta, odnalazł mnie we Freimanie, gdy załadowany byłem w aucie, aby dojechać na dworzec. On namawiał mnie a ja jego. On został, ja wróciłem. Straciłem kochanego Przyjaciela.

Roch Wystroch, numer 10 241
Poznaliśmy się w betoniarni. On pracował w innej grupie, ale obaj pracowaliśmy u tego samego Capy. Aresztowany za pracę konspiracyjną. Górnik z zawodu (technik). Bardzo miły, bardzo uczynny, duszę by dał przyjacielowi. Miał w sobie coś z kaznodziei, takiego anglikańskiego pastora, który znalazł się wśród ludożerców i tłumaczy im bez ustanku, że te ich czyny nie podobają się Bogu, są nieetyczne itd., itd. Coś takiego głosił wśród współwięźniów mój kochany Roch. Jedni go słuchali, inni spali, inni kpili, ale on niestrudzenie „nawracał”. Gdy na bloku 3 lub 3a komuś skradziono pieniądze to tak długo pouczał, aż ktoś pieniądze podrzucił. Wyraźny sukces. Nikogo słowem nie uraził, każdemu coś dobrego powiedział – taki misjonarz wśród Papuasów. Zawsze „pouczał” moralnie! Był dobrym i miłym kolegą. Został zwolniony po 2 latach. Ale on jeden ze zwolnionych napisał list z „wolności” do mojej żony o moim położeniu, choć przesadził w wysuwaniu pewnych propozycji.

Gdy leżałem w Zabrzu na żółtaczkę przyjechał, odwiedził i poczęstował gruszkami. Gdy leżałem w Katowicach na porażenie przyjechał z dobrym słowem. Przyjechał aż spod Tarnowskich Gór. Z listów obecnych wynika, że nawet na kopalni „poucza moralnie” swoich towarzyszy pracy i stąd ma niezliczoną ilość kłopotów i zatargów. Całe miesiące namawia mnie listownie abym wstąpił do ZBOWiDu. Chce przyjechać do mnie. To nie kolega, to przyjaciel. Wzajemnie się pocieszamy, bo i on i ja mamy mnóstwo kłopotów. Ta przyjaźń przetrwała lata i tylko moje zdrowie nie pozwala mi odwiedzić go w Bobrownikach Śląskich. Obiektywnie powiedzieć muszę, że Roch troszczy się więcej o mnie niż ja o niego. Ma więcej sił życiowych, albo jest dużo lepszy ode mnie.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16