Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Przyjaźnie obozowe – I.1974

Mareczek Piotrowski
Dla relaksu przeskoczę do roku 1945. Z Pruszkowa do Gross Rosen przyszedł transport Warszawiaków, obładowanych złotem, pierścionkami itp. No i czego dotąd nie było – z pieskami i z żonami. Oczywiście znajdowali się oni za drutami a nas nazywali (w pasiakach) „bandytami”. Ale po wyłuskaniu złota złączono ich z nami. A potem naloty samolotów radzieckich na obóz, potem wywózka pod Norymbergę i praca w sztolniach a potem „ucieczka” przed bandytami amerykańskimi i piesza wędrówka przez 21 dni. I tutaj gdzieś w Hersbruck, czy na szlaku Hersbruck – Dachau, doszło do poznania bardzo miłego i młodego Mareczka Piotrowskiego. Widziałem go kiedyś w telewizji, jest cechmistrzem Cechu Zegarmistrzów Warszawskich. Miałem ochotę napisać, ale pomyślałby może, że się narzucam i wolałem to uczucie, które żywię dla niego zostawić takim, jakim pozostało od czasu obozu. Czemu „Mareczek”? Bo był młodszy ode mnie i bardzo, bardzo miły, bardzo grzeczny i dobrze wychowany. Nie używał „łaciny” a był bardzo uczynny. Otóż jednego dnia, w czasie marszu – idący na czele kolumny kapowie Niemcy przyhołubili szosą idącego dużego psa. Tyle tylko, że oko moje „zanotowało” to zdarzenie, ale głowa nie wyciągnęła żadnych wniosków (moja głowa). Wieczorem zatrzymujemy się w sadzie. Zwykle śpimy z Markiem, bo owijamy się dwoma kocami. Mareczek odchodzi. Nic w tym dziwnego. Kamień pod głowę i znużony zasypiam. Nadchodzi Mareczek. Na płaskim blaszanym talerzu niesie jakiś dymiący płyn i kawałek wielkości dłoni mięsa. Pije łapczywie. Mięso gryzie, choć mówi, że jest bez soli. Z dalszej rozmowy wynika, że ci kapowie doprowadzili psa do postoju, tu zabili i ugotowali. A za co Ci dali, pytam się? Pokazuje pustą rękę, na której przedtem widziałem obrączkę ślubną. Widząc, że patrzę (może łapczywie) na ten talerz Mareczek zostawia na talerzu kawałek mięsa i jakieś łyki zupy. Podziękowałem. Nie, żebym nie był głodny. Ja mimo głodu brzydziłem się ścierwa psiego. Ale ten gest! Odjęcie od zgłodniałych ust i chęć podzielenia się ze mną – to był gest niezapomniany i głęboko tkwi do dziś we mnie i tkwi mi jak żywy.

To nie była przyjaźń, to nie była zwykła pospolicie określana przyjaźń. To był bardzo dobry młody człowiek! I dzisiaj jeszcze, ile razy tracę wiarę w człowieka, tyle razy przypominam sobie Mareczka Piotrkowskiego.

Kolega Neugebauer
Był razem ze mną w Gusen w 1940 r. Od chwili jego założenia. Właściwie musiał przyjechać wcześniej (I transportem), bo był już w obozie, gdy przywieziono mnie. Pochodził z Opolszczyzny. Kończył Seminarium Nauczycielskie w Rogoźnie Wlkp., które kształciło nauczycieli dla Polaków za granicą. Co Neugebauer (czysto niemieckie nazwisko a Polak!) przekroczył, tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że to było w bardzo upalny dzień. Brama obozowa zbudowana była z kamieni, a w słupy wmontowane były łańcuchy z bransoletkami. I tam go przytwierdzono od rana do wieczora bez jedzenia. Upalne słońce! Gdy go wieczorem zdjęto z łańcuchów był prawie nie żywy. I jeśli się nie mylę to przez 3 dni tak wisiał. Ale co ciekawe! Blokowym bloku 11 był „zielony”, a więc bandyta i ten to zajął się tym Neugebaurem. Wpierw „karmił” go tylko słoną wodą przegotowaną, kazał więźniom na bloku rozcierać ręce a potem dopiero pozwolił na dawanie zupy i to stopniowo!

Pamiętam te dwa szczegóły: więzień zdjęty z łańcucha jest prawie trupem, a tu „zielony” bandyta zajmuje się więźniem – Polakiem! Nie znam dalszych losów Neugebauera.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16