Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Przyjazd do Dachau

Byliśmy wszyscy przekonani, że po paru tygodniach wypuszczą nas i pojedziemy do domu i wtedy te „pamiątki z kamienia” będą nam przypominały nasz pobyt w Dachau. Niemcy, którzy tu od dawna już byli, śmieli się z naszego zajęcia i głośno mówili, że „jeszcze się kamieni najemy”.

Dostajemy przydział szafek, w których znajdują się: łyżka, widelec, talerz, menażka i garnuszek – wszystko z aluminium. Wisi też ręcznik. Wolno mieć też pastę i szczoteczkę do zębów. Rano pobudka, ustawianie w szeregu wg wysokości; wymarsz piątkami. Wreszcie nauka pieśni niemieckich. Niektórzy nie potrafią wymawiać słów po niemiecku, ale wystarczy ruszać ustami i jakieś dźwięki wydawać. Za pierwszym pobytem w Dachau (był to okres rekrucki) uczono nas „Mutzen ab”, uczono maszerowania i śpiewu. Ale wolno było śpiewać tylko wybrane piosenki np. Tirol, Tirol – du bist mein Heimatland – czyli ludowe. Dobrze, gdy ktoś rozumiał język niemiecki, ale ci co nie rozumieli otwierali i zamykali usta i jakieś dźwięki wydawali. Ale śpiew „szedł”. Nie wolno było śpiewać starej piosenki żołnierskiej „Ich hab’einen Kameraden”. My więźniowie nie zasłużyliśmy abyśmy takie piosenki mogli śpiewać.

Pamiętam jak na skrzynię wszedł więzień – ksiądz – i miał uczyć nas śpiewu piosenki z refrenem „Der Me…… Gdy doszedł do uczenia nas tych ostatnich słów rzekł: „mówię tak, bo mi każą, ale ja w to nie wierzę”. I tak do obiadu. Fasowanie zupy. Menażka robi się matowa. Następuje „polerowanie” menażki aż do połysku końcem marynarki obozowej. I znowu marsz piątkami, znowu śpiew, znowu fasowanie herbaty do menażki i porcja chleba. Po kolacji dalsze polerowanie menażki do połysku. Ale i okres rekrucki się skończył. Któregoś dnia ubrano nas w stare austriackie z I wojny światowej mundury wojskowe. Na plecach były zrobione krzyże farbą olejną. Na nogi chodaki drewniane, a do ręki 3 porcje chleba. A więc jedziemy na 3 doby! Jedną porcję zjadłem na miejscu, a dwie umieściłem w chusteczce. Jesteśmy w wagonie bydlęcym. Jest nas dużo. O siadaniu nie ma mowy! Ktoś podaje myśl, aby połowa ścisnęła się, a druga część aby mogła usiąść lub wyciągnąć się. Oczywiście na zmiany. I kiedyś na mnie przypadła możliwość „wyciągnięcia się”. Chusteczkę z chlebem kładę obok głowy i zasypiam. Jakże byłem naiwny. Kiedy mnie zbudzono zacząłem szukać chleba. Nie było! Zacząłem narzekać. Wtedy podszedł do mnie jakiś typ i takim akcentem warszawskim oznajmił mi bardzo dosadnie abym nie ryczał, bo „widocznie nie byłeś głodny” skoro chleba nie zjadłeś. No i inni pokazywali zaciśnięte pięści. Było to pierwsze zetknięcie się z brutalnością i chamstwem „politycznych” współwięźniów. Zawieziono nas do Gusen, do kamieniołomów, gdzie mieliśmy się do syta „najeść kamieni”.

Strony: 1 2