Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Gross Rosen – obóz piąty

Na wieczornym apelu Arbeitsdienstfuehrer wołał (w jęz. niemieckim) czy ktoś umie robić drzwiczki do kominów?
Po niemiecku oczywiście brzmiało to „Wer ist Kaminschiber”? Tego nikt, albo niewielu rozumiało. Stąd wołał następnego wieczoru, a nawet trzeciego wieczoru. Wtedy zdecydowałem się wystąpić. „Du bist Kamnischiber?” Jawohl. I zaczął mnie bić po twarzy i gdzie popadło. Zgłupiałem. A on na to – to za to, że trzy razy musiałem wołać. Marsz do Schreibstube. Tutaj wypytywano mnie, gdzie to robiłem, gdzie są formy, ile sztuk. Odpowiedziałem, że widziałem je w Oświęcimiu. Określiłem warunki jakie muszą być, aby można było robić drzwiczki kominowe, a więc: dach, koksiaki do wysychania szybszego, oliwa itp. Mam dobrać sobie 2-3 ludzi i rozpocząć prace przygotowawcze.

I wtedy to kolega Włodek Tadeusz i jeszcze jeden prosili abym ich zabrał ze sobą. Podlegaliśmy Maurercapo i on to często do nas zaglądał, bo chciał nas „podpatrzeć” jak to się robi. Nadeszły formy żeliwne. Nie mówiłem dotąd nikomu, że ja nigdy tej roboty nie wykonywałem. Nawet przed Włodkiem nie przyznałem się. Ale jakoś poznałem całą manipulację. To nie była robota, to była zabawa. A koksiaki grzały!
Robiliśmy po 6-7 sztuk dziennie. Ale w myśl zasady: dobrą robotę trzeba oszczędzać, nie zwiększaliśmy ilości drzwiczek.

Aż tu raz zjawia się komendant i inni oficerowie i pytają się ile sztuk dziennie robimy. Odpowiadam, że 6-7 lub czasem 8 szt. Jakość wyrobów podobała się. Poszeptali ze sobą i powiedzieli, że od dzisiaj będziemy musieli robić 15 sztuk. „Ja wohl, aber das ist unmoeglich”. No to dostaniecie 25 na tyłek. Koledzy się przestraszyli, ale im odpowiedziałem. Że teraz każą 15 sztuk robić, a później 30 itd.

Aż doczekaliśmy się radosnej chwili. Odezwała się syrena alarmowa. Nie poszliśmy na zbiórkę, zniszczyliśmy całą naszą miesięczną pracę.

Na placu zapowiedzieli, że mamy pójść na bloki i spokojnie oczekiwać dalszych poleceń. Około godz. 20 padło polecenie –„Licht aus” i obóz pogrążył się w ciemnościach. Za chwilę nadleciały rosyjskie samoloty i wokoło ostrzeliwały budki strażnicze. Myśmy na bloku słyszeli jedynie szybkie zbieganie SS-Mannów po schodkach budki. Gdy nalot minął, zarządzono zbiórkę na placu. Każdy miał zabrać koc i menażkę. Podzielono na „setki” i wyszliśmy w ciemną noc. Doszliśmy do stacji Strzegom. Tutaj wsadzono do węglarek otwartych. Ciasno było ogromnie. Skutki tej ciasnoty zobaczyłem w drodze.

Nowy numer 74.894. Byłem do 4.02.1945 r.

Strony: 1 2 3