Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Czy w Oświęcimiu były chwile wesołe?

Myślę, że to było w r. 1940. Wtedy Raportfuehrerem był Hössler (chyba tak się nazywał). Ktoś zezwolił na odbycie meczu w piłkę nożną. A wtedy było w obozie kilku z reprezentacyjnej drużyny polskiej piłkarzy. Zdaje się, że było tych graczy 9 (później zostali „rozwaleni”). Mecz Polska-Niemcy. Gdzie? Na placu wolnym od zabudowy (zdaje się między 15 a 17 blokiem (które później zbudowano). Co się działo?!! W oknach, na dachach, na drzewach – pełno więźniów, chcieli widzieć mecz! W czasie meczu krzyki: bij szkopa, bij szkopa! Obok stali SS-Manni i ten Raportfuehrer. Myślę, że zrozumieli sens tych okrzyków.

Później był mecz bokserski Kolka (Kolczyński) waga piórkowa contra Niemiec, waga ciężka! W łaźni odbył się ten mecz. Kolkę jakiś sposobem sprowadzono z Brzezinki! I znowu okrzyki – bij szkopa.
Potem raz albo dwa były występy (na placu przed kuchnią) różnych „asów” np. siłacza, który skręcał w rękach sztaby żelazne! (czy to był Max Beer?). Były i komiczne występy, ale żeby zrozumieć sens tych komicznych występów muszę napisać kilka zdań o Koprowiaku kapie.

To był „Dachdeckerei” Polak – pochodził gdzieś z Pomorza. Pełen werwy, chód szybki, nerwowy – mówił płynnie po niemiecku. A tupet jego nie znał miary! Lubił różne „operacje” przy rzeźni, na rzeźni, obok rzeźni…. Stwarzał sam lub przy pomocy swoich ludzi potrzebę ingerencji jego komanda. Wtedy to kombinowało się z rzeźnikami i wynosiło kiełbasy całymi kilogramami. Robił to z wielką bezczelnością. Gdy się Niemcy spostrzegli w jego „robotach” zakazali mu wchodzenia do rzeźni. No to wymyślił co innego: wlazł na dach i czyścił komin wpuszczając do komina druty a koledzy w rzeźni pracujący zawieszali na tym drucie kiełbasy, on wyciągał je na wierzch. „Sztuka sztuką Niemca tłuką”.

To dało osnowę do wesołego występu niedzielnego przed kuchnią obozową. Ktoś wszedł na dach kuchni, oglądał rzekomo komin, wykonywał ruchy kominiarza. Wreszcie wpuścił drut do komina! Rozgląda się wokoło siebie ze strachu, ciągnie powoli –„niby ciężar..” Wszyscy pokładają się ze śmiechu, wreszcie ciągnie, ciągnie i… na końcu drutu wyciągnął kota… No – to był śmiech! Myśmy wiedzieli na jakim to tle, ale Niemcy nie orientowali się w całej zabawie. Ale i tej niedzielnej zabawy zakazano!

Raz wyglądałem na ulicę przez okno baraku betoniarni i widzę, że od strony rzeźni idzie Koprowiak, ale z nogawki wychodzi cały sznur parówek i wlecze się po chodniku. A ulica prowadziła od rzeźni, obok starego krematorium i komendantury do „Werkstatt Bauleitung”.

Wychodzę na ulicę i pokazuję wlokące się parówki. Koprowiak mówi: urwij to psiakrew i weź sobie. Urwałem tuż przy nogawce, tak w biegu… bo Koprowiak szedł szybko! Ale miałem „frajdę”.

Koprowiaka po wojnie skazali na więzienie czy śmierć. Tego dokładnie nie wiem.