Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Jak miałem zostać organizatorem żywności dla kapy Jasia Mięsoka

Co to jest „zorganizować”?
Myślę, że z niemieckiego (organisieren). Zorganizować coś to znaczy ukraść. Oczywiście trzeba było mieć taką pracę, gdzie można było „coś” ukraść.

Dla przykładu – wystarczyło być magazynierem gwoździ, a te wymieniało się za kiełbasę, a tę znów za wódkę!

Mali „organizatorzy” organizowali ziemniaki, ale „więksi” to nawet połówki dużej świni. Ale to inna opowieść!

Niemcy, odczuwając u siebie braki wszystkiego wszystko też organizowali, oczywiście przy pomocy więźniów! Tak okradających swoje państwo dotychczas nie widziałem!

„To jest dobry (wielki) organizator! – to chlubny przydomek. Niestety nie mogłem nigdy zostać „organizatorem”, po prostu „nie opłacało się” ryzykować.

Pewnego razu Jasio rzecze do mnie: Ty niewiele umiesz, za to będziesz się starał o jedzenie dla nas! Czyli miałem być „organizatorem” kapy. Ale ja żadnych „chodów” nie miałem! Sam niecierpliwie oczekiwałem obiadu czy kolacji!

No i nic z tego nie wyszło! Ale idąc do stacji pomp przechodziliśmy obok wybiegu dla koni obozowych, które w porze letniej nie zamykano, a zostawiano w obejściu. Stąd rosły pieczarki. Moim obowiązkiem było po przyjściu skoczyć z wiadrami za obejście i nazbierać grzybów. Potem koledzy oddawali swoje porcje margaryny i pasztetówki a do mnie w dalszym ciągu należało smażenie grzybów. Inni poszli do pracy. Praca moja była łatwa, ale cóż z tego skoro grzyby pachniały na kilometr i zwabiały głównie Niemców. Grzyby smażyły się na koksiaku w puszkach takich, aby w razie zbliżania się Niemca można było wsadzić do hydranta i zamknąć szczelnie. Na koksiak rzucało się kawałek gumy i swąd rozchodził się.

Gdy weszli do stacji pomp Niemcy żądali grzybów, bo twierdzili, że skoro śmierdzi gumą to muszą być grzyby. I szukali, grozili a nawet uderzyli – ale grzybów nie dostali.

Taka była moja rola u Jasia Mięsoka. Fajny człowiek, fajny kapo!

Po pieczarki zaczęły chodzić żony Niemców, ale myśmy byli pierwsi – idąc do pracy o 5 rano wyzbierali wszystko. Aż pewnego dnia ustawiono tablicę a na niej napis, że (dosłownie) „zbieranie pieczarkis jest stren verboten”!

Nawet określenia niemieckiego na pieczarki nie znali!

I na tym moja rola „organizatora” się skończyła. Żal mi było Jasia, ale wkrótce też mnie wzięto w transport do Gross Rosen.

Gdzieś w październiku 1944 wezwał mnie kapo inż. Łachecki i powiedział, że ma rozkaz „oddać” wszystkich „przyuczonych” więc żebym nie miał żalu, gdy pójdę w transport. Nie miałem i nie mam. Zawsze po ludzku i kulturalnie odnosił się do ludzi. Również Jasio Mięsok tłumaczył się, że musi mnie oddać w transport i nie ma sposobu by mnie zatrzymać.