Obozowe wspomnienia: Dachau, Gusen, Auschwitz, Gross Rosen, Hersbruck, Dachau.
Po obozie, po 1945 r.

Wróciłem do kraju. Bogiem a prawdą to pragnąłem trochę „odsapnąć”. A tu widzę żonę i dzieci leżących na siennikach na podłodze w jakiejś kuchni szkolnej – bo „tutejsi” zajęli mieszkania w szkole. Idę do inspektora. Jest nim autor książki pt. „Dachau” czyli kolega Teodor Musiał. Proszę o powrót na „swoją” przedwojenną posadę. Mowy nie ma. Kto pierwszy ten lepszy! Chcę odzyskać meble, pierzyny itp. Mowy nie ma! A wróciłem do kraju już 5.09.1945 r. Widzę, że trzeba harować. Pracuję w szkole, jeżdżę po przydział chleba do Katowic. Dostałem kiedyś worek kaszy. Sam go zataskałem do Czerwionki. Wyskoczyło zapalenie płuc. Ale „wyszło” w biegu… Nie było czasu na choroby, dzieci chciały jeść i ubrania. Przeniosłem się do Bielska, ukończyłem Wyższy Kurs Nauczycielski i 2-letni Instytut Nauczycielski. Podobały mi się idee PPR, wstąpiłem. Pracowałem w szkole i w partii. W domu bywałem bardzo krótko, więc i spanie było bez snów.

Partia wysyłała mnie do fabryk, związków zawodowych, do szkół z prelekcjami. Powierzono mi naukę o Polsce Ludowej. Koledzy nazywali mnie „zdrajcą”. Nie było czasu na sny. Nie rozmawiałem na temat obozów, nie myślałem o obozach. To był jeden wielki młyn.

Dopiero kiedy znalazłem się w szpitalu (serce) i uległem prośbie sąsiada i opowiedziałem coś niecoś o obozie w nocy zaczęły się krzyki, jęki, wołania. Budzono mnie. A że to parę razy się powtórzyło zrozumiałem, że mi nie wolno opowiadać sąsiadom o obozie, bo potem mam w nocy te męczące sny, wołania i jęki.

Po powrocie ze szpitala opowiadam żonie, że miałem jakieś sny o obozie i pielęgniarki miały ze mną kłopoty. A żona mówi, że ja często jęczę i krzyczę – tylko mi nic nie mówiła, bo wie skąd i z czego powstają. Tu wyjaśniam: od chwili powrotu z obozu z żoną ani z dziećmi nigdy nie mówiłem o obozie. Jakaś taka nie umówiona umowa stanęła – w domu nie mówimy o obozie. Może wywodzi się to stąd, że żona dużo przeżyła, gdy byłem w obozie.

Dość, że o obozie nie było nigdy w domu mowy, ale krzyki i jęki jakieś były. O snach nic nie pamiętam. Dość, że żona zaproponowała mi oddanie dla mego użytku małego pokoiku 3×1,5m. Jest dalej położony od sypialni i nie budzę ani żony ani dzieci.

Ja ten pokój nazywam „grobowcem jednoosobowym”. Mogę krzyczeć do woli. Nikt nie słyszy. I było dobrze. Przyszła jednak emerytura.

Dni całe wolne od pracy. Wynajduję sobie pracę – to hodowlę pszczół, to owce, ale to mi nie wypełnia całego dnia. Idę spać nie zmęczony fizycznie.

I teraz zaczął się dla mnie najbardziej w mym życiu trudny okres. Choruję na serce. Jestem często w szpitalu (byłem dotąd 14 razy). Wystrzegam się w szpitalu opowiadania o obozie, bo w nocy „murowane” krzyki i sny…